Wyniki wyszukiwania dla zapytania: Wierszyki urodzinowe dla ksiedza


iola:
| Niepotrzebnie iolu, niepotrzebnie i niezbyt udolnie. Nie udolnie zbyt. Z
| przekonania - a jednak.


Nieudolnie tak, ale nie niepotrzebnie.
Sąd nad Leśniak, podobnie jak wszystko, co pozbawione
sensu i nacechowane konspiracyjną elektrodynamiką kwantową
jest mi potrzebne do szczęścia i uzyskanie braku władzy
nad światem. Gdyby nie Twoje się wycofanie podałbym Cię
Marsokiemu Wyszałkowi do awansu na Starsze Biedactwo
Sztabowe, tymczasem - niestety - okryłaś swój czyn
a posteriori znamieniem przypadkowości.

| Żałuję, że się posłużyłam przykładem. Jest mi przykro, że nie można inaczej.
| Gdyby można było w tych literkach jeszcze żal.


To może coś na otarcie łez ?
Cola fanta sprite ?

Można próbować, nie oglądając się na testosteron w akcji.


Tescosteron. Ot co.
A przy okazji (żeby nie było, że bez powiązku z ezją)
wierszyk urodzinowy dla Księdza Fireduke'a (niektórym już
tu znany:-)

-

wyjdziesz na swoje
zagram ci nicę
co cię rozbabrze

a ona
ruda śląska
wszystko ci zabrze

:-))))

O.C.



Nadal nie rozumiem co to znaczy "pisać semickie wiersze" oraz jak je rozpoznać- tego Ty też nie wiesz, napisałeś o wierszach Szymborskiej, że takie są, a ich NIE ZNASZ. Operujesz słowami, których znaczenia najwyraźniej NIE ROZUMIESZ.
Przeczytaj "Urodziny", "Utopię","Psalm", cokolwiek innego - to są wiersze Szymborskiej po '70 roku i znajdź mi w nich to wszystko o czym mówisz,albo po prostu wskaż konkretnie o które utwory Ci chodzi, bo piszesz o rzeczach bez pokrycia. Może przyznam Ci rację heh :]

O jakich interesach semicko-laickich po '68 roku mówisz? Kto lub co się kryje pod tym pojęciem? Chodzi Ci o "żydokomunę", tak? Zgadłam?

Odnośnie tego "również":
Ksiądz Józef Tischner powtarzał, że w Polsce jest wielu ludzi zaczadzonych komunizmem. Czy dziś nie jest jednak tak, że coraz więcej ludzi jest zaczadzonych liberalizmem i neopogaństwem? Czy nie należy do nich o. Bartoś?
To jest wkładanie własnych paranoi w sprawy które mają miejsce w otoczeniu. Tym samym jest dla mnie nadawanie wymiaru religijnego UE. Pff..

Wybacz ale mnie ani ziębi, ani grzeje czy jesteś fanatycznym żuczkiem (co to znaczy? Czytam-I-Potem-Powtarzam?)- widzę po prostu,że bzdury piszesz i tyle. Nie masz jakiegoś zmysłu krytycznego do tego co czytasz, czyli robisz to samo co ludzie propagandy PRLu, którymi tak gardzisz.


:

:
:iola:
:
:| Niepotrzebnie iolu, niepotrzebnie i niezbyt udolnie. Nie udolnie zbyt.
Z
:| przekonania - a jednak.
:
:Nieudolnie tak, ale nie niepotrzebnie.
:Sąd nad Leśniak, podobnie jak wszystko, co pozbawione
:sensu i nacechowane konspiracyjną elektrodynamiką kwantową
:jest mi potrzebne do szczęścia i uzyskanie braku władzy
:nad światem. Gdyby nie Twoje się wycofanie podałbym Cię
:Marsokiemu Wyszałkowi do awansu na Starsze Biedactwo
:Sztabowe, tymczasem - niestety - okryłaś swój czyn
:a posteriori znamieniem przypadkowości.

Może nawet znamienny. Znamiona jednak z założenia mi nie przeszkadzają. Z
jednym nawet żyję od urodzenia i nic. Przypadkiem jednak jest tylko to, że
padły tutaj słowa, które paść nie powinny, chyba, że trupem. Spisek zupełnie
inny i absolutnie nie wymierzony.
Bycie Młodszym Biedactwem Sztabowym - na razie mi wystarcza. Nie zasłużyłam
na awans. Popadłam w stany zbyt wysokiej emocjonalności. Jedyne co mi
potrzebne to kuracja antyemocjonalna. Może być na drugim stopniu schodów
prowadzących donikąd.

:| Żałuję, że się posłużyłam przykładem. Jest mi przykro, że nie można
inaczej.
:| Gdyby można było w tych literkach jeszcze żal.
:
:To może coś na otarcie łez ?
:Cola fanta sprite ?

Woda niegazowana. Chyba, że Sprite będzie miał ok. trzech miliardów
bąbelków:-)

:Można próbować, nie oglądając się na testosteron w akcji.
:
:Tescosteron. Ot co.
:A przy okazji (żeby nie było, że bez powiązku z ezją)
:wierszyk urodzinowy dla Księdza Fireduke'a (niektórym już
:tu znany:-)
:
:-
:
:wyjdziesz na swoje
[...]

::-))))
:

    :-)

:O.C.

J.M.M.Z.B. ;-)

ps. dla Marsokiego Wyszałka - salut


30

Chciałabym mieć dom niemodny
Ocieniony najbliższymi dłońmi
z kaflowym piecem pośrodku
i przetrwać przy nim zimy przenikliwe i kadencje
z oknami do galaktyk
Madonną Zielną u sufitu
u której wszystko da się wybłagać
dom
z zapachem pastowanych podłóg
na Boże Narodzenie

E.Kozłowska-świątkowska

PROŚBA

Martwię się o przeszłość dreptałem jak kulfon
straszy mnie teraźniejszość by wytrwać na drogach

została tylko przyszłość
by się chociaż raz cieszyć
jeszcze jej nie zbrudziłem
cała w rękach Boga.

WAŻNE

To że wszystko dzieje się inaczej
to cierpienie tędy i owędy
ten dzień bez kochanej ręki
ten ból i tak dalej
ten mróz że tylko jeden piec mnie zrozumiał
gdy kładem serce do zimnego łóżka
ta jesień lekko chora po tej stronie świata
ta małpa bez małpy

powiedz że to właśnie ważne
ks. J.Twardowski

Czasem tak mnie zatyka, że potrafię mówić o swoich uczuciach tylko poprzez wiersze. Dziś są moje urodziny. Straszne, jak bardzo można czuć się samotnym. Siedzę sama w wielkim, pustym domu. Wystroiłam się, a jak. Mam piękny makijaż, nie mogę płakać, nie mogę znowu płakać. Przez ostatnie kilkanaście dni tonęłam we łzach, podnosiłam się na chwilę, odzyskiwałam siły i znowu w płacz.Ciężko tak czasem ze świadomością, że jest się zdanym tylko na siebie, że zadbać o siebie,zatroszczyć się, nawet przytulić się w takim dniu mogę tylko ja. Piszę tutaj bo to lepsze niż mówienie do siebie. Bo staram się być dobra dziś dla siebie, miła.Piszę, bo udaję, że nie jestem tak cholernie samotna. Ale przecież jestem. Nie ma ludzi wokół, nie ma serca, ciepła.Jest tylko wirtualny świat, wirtualni przyjaciele.

Chciałabym, żeby samotność tak często mnie nie bolała, nie dotykała tak mocno. Bym częściej umiała się z nią pogodzić. Chciałabym uzyskać spokój, bo przecież nie odzyskać, bo nigdy go nie miałam. Chciałbym by mi się wyłączył ten cholerny krytyk we mnie. Bym nie myślała tylko o tym jaka jestem beznadziejna i jak siebie za to ukarać. Chciałabym przestać się krzywdzić i nie pozwalać na to innym. Chciałabym wiele rzeczy zapomnieć. Uśmiechnąć się. Kolekcjonować piękne chwile. Kochać i być kochaną. Pokochać siebie.
Chciałabym...

Dziękuję Wam, że jesteście, że jest to miejsce, które pozwala mi choć przez chwilę czuć świat, ludzi, nie czuć samotności. Zdarza mi się wypisywać w wyszukiwarkach całe elaboraty w przestrzeń. Listy do nikąd. Tak jakbym oczekiwała, że po wpisaniu mojego bólu, rozpaczy kliknę enter i znajdę stronę www. dlaczegosięsmuciszprzecieżjatujestemczekamoddawna.pl
Aż żenujące, prawda?

Dziękuję Wam za wszystko.



Na poważnie to to jest pytanie, czy uwzględniłeś, że większość słysząc
:"miłosz" będzie miała zakodowane myślenie na plus?


hmmm, no nie :)... w tym widzę właśnie słabość sztuki w
ogóle... a poezji już szczególnie... nawet najprostsze mazy
słowami interpretuje czytelnik na swój rozpalony sposób -
czasem robiąc z takiego imvho mdłego miłosza ogromną galerę
piekna... i tyle... a ja go nie tyle nie lubię, co nie
rozmumiem zachwytów nad nim... a sam czytam i pozostaję nadal
jakiś taki bezładny w swych przekonaniach... nic mnie do niego
nie przekonuje, ani zraża... jest sobie miłosz i tyle... ale są
tacy, którzy dają mu np. nobla... i tu sie zamartwiam - bo
chyba może coś ze mną nie tak... i chyba jednak tak :)...

| sa setki o wiele lepszych
| poetow, a jednak nad miloszem rozplywaja sie krytycy i co
| bardziej zaangazowani ludzie ze srodowiska...

Straszliiiiiwie prowokujesz do prośby, żebys wymienił tak ze trzy te
"setki";)


dobra dobra już, wydurniłem sie w tej mojej krucjacie... ale
bardziej już lubie taką wisławę - nawet pociętą w strzępy przez
włodka ;).... a już uwiebiam na ten przykład księdza jana -
zachwycająca prostota, pod którą tętni gęsta krew, a nie szumią
otręby złuszczonego wiatru...

| pomozcie - moze
| czegos nie widze w tym czlowieku...
[...]
Nie masz przypadkiem - to jest pytanie w odpowiedzi na "pomóżcie"-
przekonania, że gdy ktoś nie trafia akurat w Twoją wrażliwość, to juz
musi być "raczej marnym poetą'? Daj sobie i jemu ( ;-) czas, może
teraz po prostu nie jest dla Ciebie?


nie mówiłem takich rzeczy... miłosz nie jest "marnym poetą" -
po prostu do mnie nie przemawia.... i tu sie z Tobą zgadzam -
byc może _na razie_...
szukam podobnych "kwaśnych" jeszcze czytelników, może mnie
poprowadzą (tu podziekowania dla ellu :)...

 imho jest raczej marnym
| POETA - brakuje mi jakiejkolwiek emocji w jego utworach... sa
| suche i twarde - moze piekne ppod wzgledem opakowania, ale bez
| smaku... takie suchary na biegunke wspolczesnosci...
[...]
I spróbuj teraz, wierząc _swoim_ doświadczeniom, wyobrazić sobie  tego
staruszka. Podwiązywanie pomidorów jako ważniejsze zajęcie niż
[...]
Tylko bądź przez chwilę tym staruszkiem, z wszystkimi jego domyślnymi
doświadczeniami i decyzjami, które go doprowadziły do grządki
pomidorów w dniu końca świata. Naprawdę nie dostrzegasz żadnych
"emocji"?


nie "smażę" sztuki, czyli po prostu staram się ją pojmować jak
najprościej... to wg nie jedyne rozsądne podejście... takie
rozsmakowywanie powadzi do czegoś, co mnie osłabia, czyli do
nadinterpretacji... ile z tego co Ty piszesz miał na myśli
miłosz pisząc te wersy?... nie chcę teraz się nużać w sensie
pisania i takich tam - "bo dla kogo te wiersze tak naprawdę" -
ale mam taki "sposób" czytania... czy zły czy dobry ? <-
retoryczne!

Czy może chodzi Ci o to, że Miłosz nie pisuje :
"Nienawidzę!","Kocham!", "Gardzę!!", "Ach, jaki jestem
nieszczęśliwy" - czyli nie wypisuje czysto werbalnych bredni
charakterystycznych dla grafomanów, uważających,że tak właśnie "wyraża
się to, co się czuje"?


[...]

eee tam... to coś innego... może to, że mohja definicja poezji
mija się z jego i nic z tego nie wychodzi... jak pisała ellu -
prozę ma lepszą... i ta proza wychodzi mu ze spodni ;) (miało
być "wyłazi z gaci", ale trochę za mocne) przy tworzeniu
wierszy....

Są poeci, którzy na urodziny przynoszą Ci tort. Bo wiadomo, że zjesz
go razem z nimi, że ich "emocje" nie pozwolą Ci cieszyć się wierszem
sam na sam. Są i tacy, którzy przynoszą erotyczną bieliznę - choć
wiedzą, że skorzystasz z tego prezentu w towarzystwie zupełnie kogo
innego :) Całkiem bezinteresownie ubogacają twoje i cudze życie.
Miłosz jest z tych drugich :)


hmmm... pomyślę o tym, obiecuję...


Niech w niebieskiej ojczyźnie docenią poetów nie mniej, niż my cenimy Twe wiersze - żegnał w piątek w Warszawie ks. Jana Twardowskiego abp Józef Życiński. Swoją homilią sprawił, że zmarły, tak jak sobie tego życzył, miał "uśmiechnięty" pogrzeb
Tłumy wiernych gromadziły się w warszawskiej bazylice Świętego Krzyża już na dwie godziny przed pogrzebem. Mszę odprawiał prymas Polski kard. Józef Glemp, obecny był też nuncjusz apostolski abp Józef Kowalczyk. Przyjechał premier Kazimierz Marcinkiewicz, żona prezydenta Maria Kaczyńska i minister kultury Kazimierz Ujazdowski. - I widząc ich [ks. Jan], zapewne przepraszałby i krępowałby się - mówił podczas homilii abp Józef Życiński.
O to, żeby homilię na jego pogrzebie wygłosił właśnie metropolita lubelski, prosił sam ks. JanTwardowski. Arcybiskup mówił ciepło, z humorem. Przypominał anegdoty z życia zmarłego księdza poety i znów, jak na mszy w wigilię jego 90. urodzin w kościele Sióstr Wizytek, zebrani się uśmiechali. - O swoim życiu kapłańskim napisał do kwartalnika "Pastores": "Jestem księdzem szczęśliwym. Miałem dobrych proboszczów, jakoś wytrwałem. Nie miałem romansów, żadnychucieczek. Mam za co Bogu dziękować" - cytował pogodnym tonem.
Metropolita lubelski wspominał Twardowskiego: "Nigdy nie włączał autorytetu ewangelii w taktyczne rozgrywki polityków. Daleki od niego był świat partyjnych rozgrywek. Nigdy nie straszył ani spiskiem żydowskim, ani apokaliptyczną wizją przyszłości. Być może w tym właśnie tkwiła jedna z tajemnic jego oddziaływania, że ewangelię błogosławieństw kierowaną do bezbronnych i bezsilnych stawiał nad proste hasła kolejnych utopii politycznych".
Arcybiskup Życiński przeczytał - znów zgodnie z życzeniem zmarłego - jego ostatni wiersz, podyktowany przyjaciołom tuż przed śmiercią. Mówił o skromności księdza Jana "od malwy", "od biedronki", "od Bożych niezapominajek": - Potrafił znikać, nie koncentrując uwagi na sobie. Jego poezja płynęła z serca, ukazując, jak piękne potrafi być chrześcijaństwo, jeśli go nie zniekształcamy dekoracjami na naszą prywatną miarę. Te tajemnice dyskretnego znikania podsumował spacerując przed laty wśród grobów na Powązkach. Napisał wtedy: "Można odejść na zawsze, by stale być blisko". Był świadomy, że fizyczna rozłąka nie oznacza ani zapomnienia, ani zerwania duchowej więzi. Twoje wiersze, drogi księże Janie, żyją nie tylko w sercach i pamięci naszego pokolenia. Ufamy, że także u następnych pokoleń będą umacniać nadzieję i kształtować zaufanie do uśmiechniętego Boga.
Prezydent Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył księdza Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za "wybitne zasługi w upowszechnianiu humanistycznych wartości i za osiągnięcia literackie". Odznaczenie odebrała siostrzenica ks. Jana Aniela Truszkowska.
Z bazyliki kondukt żałobny przejechał na Pola Wilanowskie, gdzie budowana jest Świątynia Opatrzności Bożej. Tam, jak chciał prymas, w marmurowej krypcie dla zasłużonych Polaków w podziemiach złożono ciało księdza poety. Zebrani pamiętali słowa abp. Życińskiego. - W ramach tych paradoksów, odchodząc, pozostań z nami, Janie. Pozostań, gdy trzeba iść dalej. Pozostań z nami na zawsze. Na zawsze. By stale być blisko.
Zamiast śmierci
racz z uśmiechem
przyjąć Panie
pod Twe stopy
życie moje
jak różaniec
http://ww2.tvp.pl/130,20060203299051.strona

>> > Oddział terenowy Centralnego Biura Śledczego w Nowym Targu, dzwoni
>> >
>> > telefon:
>> > - Słucham
>> > - Dobry.....kciołem podać,że Jontek Pipciuś Przepustnica chowie w stogu
>> > drzewa maryhuanę.
>> > - Dziękujemy za doniesienie, zajmiemy sie tym.
>> > - Kolejnego dnia zjawiają się na podwórku u Przepustnicy spragnienii
>> > sensacji agenci CBŚ, rozwalają drzewo, rąbiąc każdy kawałek na 2, ale
>> > narkotyków nie znaleźli. Wydukali do przyglądającego się ze zdziwieniem
>> > Przepustnicy "przepraszam" i odjechali.
>> > - Zdziwiony Przepustnica słyszy w domu dzwoniący telefon, idzie odebrać:
>> > - Słucham
>> > - Cesc Jontek....Stasek godo. Byli u Ciebie z cebesiu?
>> > - Byli, tela co pojechali
>> > - A drzewa Ci narąbali?
>> > - Ano narąbali
>> > - Syćkiego nojlepsego z okazji urodzin,hej!

.........

Powodowana nagłą potrzebą fizjologiczną zakonnica
> wchodzi do baru. W barze panuje standardowy zgiełk, jednak co
> parę minut gaśnie światło i cała sala zaczyna wiwatować.
> Zakonnica podchodzi do baru i pyta, gdzie znajdzie toaletę .
> > - Tu, po lewej, ale nie powinna siostra tam chodzić.
> > - Czemu nie? - pyta zaskoczona zakonnica
> > - Bo w toalecie stoi posąg nagiego mężczyzny, przykrytego
> jedynie listkiem figowym.
> > - Nie szkodzi - odpowiada zakonnica - nie będę patrzyć w
> jego stronę .
> > Zakonnica idzie do toalety. Kiedy wraca do baru, zastaje
> standardowy barowy hałas. Jednak kiedy goście zauważają jej
> wejście, przerywają rozmowy i zaczynają bić jej brawo.
> > Zakonnica, zaskoczona, pyta barmana.
> > - Proszę pana, o co im chodzi, biją mi brawo, bo byłam w
> toalecie?
> > - Nie, biją brawo, bo została siostra jedną z nas -
> odpowiada barman.
> > - Nadal nie rozumiem - mówi zaskoczona zakonnica.
> > - Widzi siostra, ilekroć ktoś uniesie listek na posągu, w
> barze gaśnie światło, a siostra tu zrobila prawie dyskotekę.

.......

>>> Czy znasz już nową wersję wierszyka o murzynku Bambo? Jesli nie, to
>>> proszę bardzo:

>>> Tadeusz Rydzyk w Toruniu mieszka
>>> czarną sukienkę ma ten koleżka.
>>> Uczy, tłumaczy w Radiu Maryja
>>> kto godny chwały a kto wręcz kija.
>>> Leje na serce miód swoim gościom
>>> do adwersarzy zionie miłością.
>>> Żyda, Masona czuje z daleka
>>> wszystko w nim widzi oprócz człowieka.
>>> Glemp traci nerwy: "Rydzyk - łobuzie", Tadzio z uśmiechem nadyma
>>> buzię.
>>> Pieronek błaga: "Daj na wstrzymanie",
>>> to on rozkręca nową kampanię.
>>> Życiński prosi: "weź - odpuść sobie",
>>> a Rydzyk: "spadaj, co zechcę - zrobię".
>>> Rząd go popiera, prezydent chwali
>>> Lepper z Giertychem pokłony wali.
>>> Czuje się bosko jak w siódmym niebie
>>> do Sejmu wchodzi tak jak do siebie.
>>> A gdy podskoczyć ktoś mu próbuje
>>> armię BERETÓW mobilizuje.
>>> Ich nie obchodzi, co sądzi prasa
>>> - że dla Rydzyka Bogiem jest KASA.
>>> Mohery wielbią swego pasterza
>>> dla nich ważniejszy jest od PAPIEŻA!

............

Mama dała Jasiowi ostatnie 50 zł na zakupy (do wypłaty było jeszcze 2
tygodnie) i mówi:
- Jasiek kupisz chleb, margarynę i kawałek sera. Reszta kasy trafia na stół.
Jasiek poszedł do sklepu, ale po drodze spodobał mu się misiek za całe 50 złotych. Kupił misia i pędzi do domu:
Matka na to:
- Jasiu {cenzura czuwa} co żeś zrobił ty baranie, natychmiast idź sprzedaj tego misia.
Jasiek bez namysłu poszedł opchnąć misia sąsiadce.
Wchodzi do jej mieszkania, a sąsiadka w łóżku z jakims facetem.
Nagle rozlega się pukanie do drzwi. Sąsiadka wpycha faceta razem z Jasiem do szafy.
Jasiek w szafie do faceta:
- Kup pan misia.
- Spadaj chłopcze.
- Kup pan misia bo będę krzyczał.
- Masz pięćdziesiąt złotych i się zamknij.
Jasiu dalej do gościa:
- Oddaj misia.
- Nie oddam.
- Oddaj, bo będę krzyczał.
Sytuacja powtarza się parenaście razy. Jasiu zarobił kasy od cholery, wraca do domu z zakupami (kawior, krewetki, szynki, i całą furę szmalu jeszcze przytargał).
Matka do Jasia:
- Jasiek chyba Bank obrabowałeś, natychmiast do księdza idź się wyspowiadać!
Jasiek poszedł do koscioła, podchodzi do konfesjonału i mówi:
- Ja w sprawie Misia,
- Spie####, już nie mam kasy.

27-06-2007, środa – dzień piąty

Zakrzów-Zawiercie 123 km

Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii

I w tym momencie nastąpiła przerwa techniczna w przesyłaniu relacji za pośrednictwem Internetu, bo go nie było!!!! Piątego dnia intensywnie poszukiwałam internetu pomiędzy wadowickimi kremówkami, w lesie za Olkuszem i na centralnym rondzie Ogrodzieńca. Nigdzie nie było internetu!!! Niepocieszona zajechałam na nocleg do szkoły w Zawierciu. I hurrrraaaaa!!!!! Zdybałam w mojej noclegowej klasie komputer. (Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek tak bardzo uciesze się na widok komputera!... ). Miałam nadzieję, że do kompletu z urządzeniami wejścia i wyjścia jest jeszcze internet; odpaliłam magiczny przycisk POWER. Po hałaśliwym PARRRRAM; okazało się, że upragnionego netu nie ma. Skoro on nie miał Internetu, to ja miałam wolne. Zagrałam komputerowi na nosie i poszłam integrować się z pielgrzymami.

Déja vu

A teraz przenoszę się w czasoprzestrzeni i opiszę dwa ostatnie dni pątnikowania na rowerach (nota bene przyjemne takie pątnikowanie).

Trasa piątego dnia pielgrzymki była długa, kręta i wietrzna. I to właśnie głównie wiatr był sprawca naszego zmęczenia (a jak się później okazało wywiał nam ze stada jedną owieczkę). Od „alpejskiego” Zakrzowa do papieskich Wadowic jechaliśmy zawijasami raz w górę, a raz w dół. Ten odcinek trasy, chociaż trudny kondycyjnie był uroczy i niezwykle malowniczy. Falujące zboża i trawy nakrapiane były makami, bławatkami i rumiankami. Malarskość tych terenów skutecznie wybijała mnie z rytmu jazdy, bo rozglądając się po polach, kilka razy zostawałam daleeeeko, daleeeko za grupą. Na szczęście w porę z odsieczą nadjeżdżała Ula i „zaciągała do stada nr 5”. (do Uli: Dzięki Ula za radość ze wspólnej jazdy. Jesteście ze swoim Tatą świetnym teamem i wspaniałymi ludźmi! Życzę Wam wszystkiego dobrego!).

W tak pięknych okolicznościach przyrody zajechaliśmy do Wadowic, gdzie tradycyjnie była dłuższa przerwa. Ja zajęłam się obowiązkami Rzecznika, a pielgrzymi zajęli się zwiedzaniem miejsc związanych z Janem Pawłem II, a następnie kremówkami.

Druga część trasy poprowadziła nas przez Jurę. Zjechaliśmy z gór i rozpoczął się etap „ Z Jazdy Tysiąca i Jednego Skrzyżowań”. No i właśnie na owym 1001 skrzyżowaniu zagubiła nam się jedna owieczka. Gdzie pojechała – nie było wiadomo, kiedy wróci – tego nie wiedział nikt. Niestety zostawiła w bagażu komórkę, a to już nie było śmieszne. Gdy tylko zorientowaliśmy się, że brakuje pani ….. z numerem ….., w ślad za nią natychmiast ruszyły zmotoryzowane grupy poszukiwawcze i przeczesując trasę tam i z powrotem, szukały zguby. A zabłąkana pielgrzymkowa siostrzyczka znalazła się dopiero wieczorem w Zawierciu. No i większa była radość z owej jednej odnalezionej owieczki, niż pozostałych 99 (a ściślej 76). Czyż nie tak mówi Pismo???
Nadchodził ostatni pielgrzymkowy wieczór, podczas którego tradycyjnie już wszyscy dziękują wszystkim za wszystko. I jest to miłe. Tego wieczoru postanowiłam wystąpić i ja. Udając, że nie mam tremy, że nie jestem czerwona bardziej niż po zdobyciu Krowiarek i ze w ogóle jestem cool showgirl, stanęłam na środku sali i odczytałam swoje wierszyki – limeryki na cześć każdego z Organizatorów tej pielgrzymki. To było moje częstochowskie rymowanie-dziękowanie. Wierszyki układały mi się same podczas tych kilku dni i to w różnych momentach : podczas jazdy, postoju, spania, rozmowy z kimś, mszy… (proszę księdza, proszę o rozgrzeszenie i pokutę – mea maxima culpa). Za kilka dni efekt rymowania zamieszczę na www.klubalpin.pl

Jednak to nie moja skromna osoba była gwiazdą wieczoru, lecz Ksiądz Prezes Mariusz, który nazajutrz obchodził swoje urodziny. Z tej okazji zaprosił nas do szwedzkiego stołu za słodkimi frykasami i kolorowymi napojami. Niam! Dzię-ku-jemy!!! Dzię-ku-jemy!! Sto lat win-szu-jemy!!!!

A teraz smacznie jemy…..

Rok temu pożyczyłem byłem od x Krzycha pewną książkę, autorstwa x Jana Twardowskiego - "Śmierć na śmierć nie umiera".

Nie wiersze - ale przemyślenia o ludzkim przemijaniu, odchodzeniu, o gotowości lub braku gotowości na śmierć.

Postanowiłem (właścicielka praw autorskich - dr Iwanowska - wybaczy mi publikowanie bez jej zgody) umieścić tutaj 3 z tekstów z tej książeczki. Ot, do przemyślenia:

Przychodzimy na ten świat po to, by odejść. Do tej pprawdy dy trzeba się przygotować. Jakże często nie pamiętamy o przygotowaniu się na śmierć - na początek nowego życia.

W XIX wielku modne były książeczki o przygotowaniu się na dobrą śmierć. Dzisiaj już się tabich nie drukuje. Choć dawne bsiążeczki wydają się staroświeckie, na chwilę śmierci i tak powinniśmy się przygotować.

Ludzie chodzą do kościoła, modlą się, spowiadają, przyjmują Komunię świętą, ale kiedy zbliża się śmierć, są nieprzygotowani. Na księdza wchodzącego ze świętymi olejami patrzą jab na niedelikatnego intruza, który przeszkadza im chorować.

Mówimy, że umierając - odchodzimy. Owszem. Odchodzimy od pieniędzy, pamiątek książek, także od naszych wad, grzechów, ale przychodzimy do Boga.

Czy odchodzimy od ludzi? Wydaje mi się, że nie. Jakżeby matka mogła zapomnieć o dziecku, które zostało na ziemi?

Śmierć nie jest straszna. Jest ona odejściem do Boga, ale nie przerywa łączności pomiędzy tymi, którzy się kochają.

Musimy zawsze pamiętać o tęsknocie za Bogiem, świętością, swoim powolaniu. O tym, że mamy odejść. Dbtego trzeba sobie zdawać sprawę z wagi każdej chwJi i myśleć o milości, której nie przerywa nawet śmierć.

Jezus powiedział: "Albowiem Ojciec Mój was miłuje, bo wyście Mnie umitowali, i uwierzyli, że wyszedlem od Boga. Wyszedłem od Ojca i przyszedtem na świat; znowu opuszczam świat i idę do Ojca" (J 16,27-28).

Każdy z nas ma swój początek i każdy wróci do Boga.

Jakżee przejmujące są dwie daty w życiu czlowieka: data jego urodzin i data jego śmierci. Odtąd - dotąd. Zapisane są na pomnikach, na najbiedniejszycb grobacb, w księgacb urzędowycb z okrągłą pieczęcią. Urodził się - umarł. Odtąd - dotąd.

Spotykamy rozmaite liczby, ale te głoszą naszą calbowitą zależność od Boga. Bóg powołał nas do życia i Bóg nas odwoła. Dał czlowiekowi określony czas. Czas, który znaczy tyle, co milość. O tyle bowiem moje istnienie ma sens, o ile kocham innycb ludzi.

Bóg każdemu dał mniej lub więcej czasu.

Bóg nie liczy czasu, ale go waży.

Narzekamy na życie, że jest trudne, ale ileż dobrego można uczynić nawet w krótkim życiu, ilu ludzi pokochać, w ilu cierpieniacb dojrzewać, ile nauczyć się od innych, ile ludziom zawdzięczać.

Tylko wciąż żal, że to, co się kończy, jest takie krótkie - pomiędzy datą urodzin a datą śmierci.

Ludzie nie odchodzą na zawsze. Ci, co odeszli, doskonale wiedzą, że do nich przychodzimy, odwiedzamy ich, szukamy z nimi kontaktu.

Dwa światy, żywych i umarłych, przenikają się wzajemnie i oddziałują na siebie.

Myślę, że ci, co odeszli, są nawet bardziej obecni. Także oni szukają z nami kontaktu. Chociażby wtedy, gdy przychodzą do nas w snach, gdy pragną nam coś przekazać. I to jest bardzo optymistyczne.

... na marginesie - zachęcając do lektury książeczki.

Apel do władz naczelnych, oddziałów i członków Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego

Mijający rok Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie ogłosiło Rokiem Aleksandra Majkowskiego. Stało się to w siedemdziesiątą rocznicę śmierci wielkiego Kaszuby. W ramach uroczystości jubileuszowych podjęto wiele działań, których celem była popularyzacja samej postaci oraz jej dokonań. W roku 2009 będziemy obchodzić szereg ważnych rocznic, jednak najważniejszą z nich wydaje się dwudziesta rocznica śmierci (3 września 1989 r.) nauczyciela, poety i twórcy kaszubskich pieśni, Jana Trepczyka.

Mistrz kaszubskiego słowa urodził się 22 października 1907 r. w miejscowości Strysza Buda, niedaleko Mirachowa. W latach dwudziestych minionego stulecia kształcił się w seminarium nauczycielskim w Kościerzynie. Wśród Jego pedagogów był m.in. ks. Leon Heyke - kaszubski poeta, zamordowany później przez nazistów. W Jego życiu, jak to wielokrotnie podkreślał, najważniejsze było jednak spotkanie z Aleksandrem Majkowskim. Wizyta u pisarza w 1928 r. była dla Niego - jak wspominał - „pierwszą lekcją kaszëbiznë”, dzięki temu spotkaniu stał się „Kaszëbą w pełni tego słowa znaczeniu”.

Zaledwie rok później Trepczyk znalazł się wśród organizatorów Zrzeszenia Regionalnego Kaszubów, na czele którego stanął Majkowski. Został sekretarzem organizacji. Wkrótce na łamach czasopism kaszubskich (najważniejszym była „Zrzesz Kaszëbskô”) pojawiły się Jego teksty. Należał do grona działaczy, którzy przeszli do historii pod nazwą Zrzeszińców. Jego zaangażowanie w sprawy kaszubskie spowodowało, że władze oświatowe II Rzeczpospolitej przymusowo przeniosły Go do Wielkopolski, aby nie mógł oddziaływać ideowo na młodzież w swoich ojczystych stronach (1934 r.).

Na wygnaniu Trepczyk dał swoim rodakom „Kaszebskji pjesnjôk”, to - jak sam określił - „zdrzadło kaszëbsczi dëszë”. Przesyłając braciom Kaszubom swoje dzieło, w którym znalazły się również teksty innych Zrzeszińców oraz utwory ludowe, Poeta uważał, że w tych pieśniach „miłota zemi je”.

Po wybuchu II wojny światowej Trepczyk udał się w rodzinne strony, jednak - podobnie jak wielu Kaszubów - został przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Ostatecznie służbę wojskową zakończył w Armii Polskiej gen. Władysława Andersa. Z wojennej zawieruchy powrócił w 1946 r. i osiadł w Wejherowie, gdzie kontynuował pracę nauczycielską oraz na niwie kaszubskiej, w na krótko odrodzonej „Zrzeszy”. W 1956 r. należał do grona założycieli Zrzeszenia Kaszubskiego. Przez wiele lat prezesował oddziałowi wejherowskiemu tej organizacji. Publikował w „Kaszëbach” i „Pomeranii”, przede wszystkim swoje wiersze.

Trepczyk przez całe życie wytrwale bronił statusu językowego kaszubszczyzny, wyznając pogląd Floriana Ceynowy i Stefana Ramułta, twórcy „Słownika języka pomorskiego, czyli kaszubskiego”. Dał temu wyraz szczególny w artykule pt. „Kaszëbizna” (1980 r.), narażając się w ten sposób wielu językoznawcom, także kaszubskiego pochodzenia. W swojej walce o język był częstokroć osamotniony i wręcz ośmieszany. Niewielu miało wówczas odwagę wystąpić w Jego obronie (do grona tych nielicznych należeli Lech Bądkowski i prof. Alfred F. Majewicz z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu). Historia przyznała rację Trepczykowi! Dzisiaj status języka kaszubskiego zabezpiecza również polskie prawo, dzięki czemu może on być nauczany w szkole i gościć w urzędach. Nie byłoby to możliwe bez wysiłku wielu ludzi, a przede wszystkim bez uporu osamotnionego Poety z Wejherowa, który za swoje umiłowanie „mòwë starków” był inwigilowany przez komunistyczne służby bezpieczeństwa.

W ostatnich latach życia Jan Trepczyk pracował nad słownikiem polsko-kaszubskim, który ukazał się w 1994 r., a więc już po jego śmierci. Jego poezja stawała się też coraz bardziej znana dzięki tomikom poezji, które ukazywały się od lat 70-tych (np. „Moja stegna”, „Odecknienié”). Sławę przyniósł mu zwłaszcza wiersz „Zemia Rodnô”, napisany jeszcze w latach 50., który podkreśla przywiązanie Kaszubów do ziemi ojców.

Rok 2009 powinien zostać ogłoszony Rokiem Trepczyka nie tylko ze względu na przypadającą rocznicę śmierci Poety. Należy wziąć pod uwagę Jego cały dorobek, nie tylko w sferze literackiej. W przyszłym roku będziemy obchodzić również osiemdziesiątą rocznicę założenia Zrzeszenia Regionalnego Kaszubów w Kartuzach, organizacji, której sekretarzował właśnie Trepczyk. Z rokiem 1929 r. należy wiązać również Jego debiut literacki, choć w formie pisanej przypadł on nieco później. W roku 2009 r. minie też piętnaście lat od ukazania się jego słownika, tak dzisiaj ważnego dla wszystkich, którzy zajmują się kaszubszczyzną.

W roku 2007 minęła setna rocznica urodzin Méstra Jana, niestety przeszła ona bez większego echa! Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie ma dziś niepowtarzalną szansę, aby spłacić swoisty dług wdzięczności wobec jednego ze swoich założycieli - postaci, która na trwałe weszła do kanonu literatury kaszubskiej. Jest to tym ważniejsze, że w okresie PRL-u Zrzeszenie Kaszubskie uległo esbeckiej prowokacji i ukarało Trepczyka poprzez udzielenie mu nagany (1961 r.).

Błędów przeszłości nie jesteśmy w stanie naprawić, jednak możemy dać czytelny sygnał współczesnym i przyszłym pokoleniom, że przyświecają nam te same wartości, które kazały Trepczykowi samotnie trwać przy kaszëbiznie! Uczcijmy zatem godnie pamięć o niepokornym Poecie, obrońcy języka kaszubskiego i twórcy kaszubskich pieśni, poprzez ogłoszenie przez Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie roku 2009 - Rokiem Jana Trepczyka.

Osoby popierające tę ideę proszone są o złożenie podpisu pod apelem.

Witold Bobrowski
Anna Cupa
Jarosław Ellwart
Stanisław Geppert
Karol Rhode
Dariusz Szymikowski
Tomasz Żuroch-Piechowski

I

Jeden ruch,
Złowrogie spojrzenie,
a zawsze silny rycerz, teraz słaby i bezbronny,
czuje dotyk kołyszącej trawy.
Słyszy tylko śmiech,
złowrogi śmiech
i ciężarny stukot kopyt.
Już nic nie widzi, nic nie słyszy
ale czuje,
czuje ból
odchodzi z dumą.
Zamyka oczy,
zakrwawione dłonie pieszczą już niebiosa
„Gdzie jestem?”
przemyka przez myśl, której nie ma
nie ma lęku,
nie ma nic
tylko pustka.
Odszedł i nie wróci.

Jedyna

Niby taka błacha,
niby nic nie znaczy
a jednak potrafi zranić,
zadać ból
na całe życie.
Potrafi kochać,
dać upojenie.
Kim ona jest?
Czym?
Ta pierwsza,
jedyna,
dziwna i przewrotna
miłość.

„MOJA OJCZYZNA”

Te miejsca
Ten dom
ta ziemia
to… wszystko
to moja ojczyzna,
której nie zapomnę
Choćby choroba ciężka
choćby los zmienny
przeszkodzić chciał
wrócę… zawsze.
To tutaj… nigdzie indziej
tutaj miało początek
życie me
i będzie miało kres.
To moja ojczyzna
mała ojczyzna…

„BÓL”

Czuję ból, wielki ból
wspomnienia nie dają żyć
Ten wrzesień, niby zwykły
ale inny, całkiem inny
krwawy, niezapomniany.
Teraz siedzę tutaj
wolna
na ziemi pełnej krwi
cierpienia, łez.
To tutaj dziadek wylał ostatnie krople krwi
To tutaj babcia łkała nad swym dzieckiem ukochanym
któro zasnęło snem wiecznym.
To nic, niby nic
to tylko ból, wielki ból
którego nic nigdy nie ukoi.

„MÓJ ŚWIAT”

Słońce żegna świat
złocista łuna pali niebo
ludzie wracają z pól.
Znam wszystkich
znam ten las.
To wszystko znam
na pamięć.
Ale wciąż zadziwia mnie
ten mój świat
wciąż odkrywam coś nowego
codziennie.
Dlatego chcę żyć
dla mojego małego świata.
Z dumą twierdzę:
to MÓJ świat.

Wiersze przygotowane przez Annę Pudełko kl II a

Ona jest smutna, kocha człowieka
Czasem zamyslona wciąż na kogoś
czeka.

Rozmawia o nim opowiada,
Potrzebna jest jej dobra rada.
Nieśmiałe jej serce czy w radości
Czy w udręce.

Miłość człowieka jest nie zwyciężona,
Oto jest przykład jak kocha ona.

II

Ona zakochana wciąż swą miłośćią
zaplątana.

Czy on o niej myśli czy tylko ona,
Wciąż w śnie miłości zagubiona.
Wciąz o nim myśli,
Wciąż na niego czeka
Taka jest właśnie miłość
Człowieka.

III

Powiem wam szczerze
w co tak naprawdę
wierzę.

W mój dom rodzinny,
ciepła jego krąg.
W nim mam swoje tajemnice,
piekne dzieciństwo i całe swe życie.
Woerzę w swą ojczyznę polskę
Ukochaną .
Przrz swych rodaków nigdy nie
zapomnianą .
Lecz najbardziej wierzę, powiem
Wam szczerze. W wioskę na
Uboczy, położoną na
Roztoczu.

IV

Gdzieś daleko na uboczu.
jest ma wioska na
Roztoczu.

Na Roztoczu się znajduje,
Kto tam nie był niech żałuje.
Gdybym z niej wyjechać miała,
Bym swej wioski żałowała.
W dzień słoneczny, niepogodę,
czy też słońce śpierw o niej
Skowronek na łące.
Płynie strumyk tam w Krynicy,
Cieszą sie jej domownicy.
Gdy przyjeżdzasz nie żałujesz,
Miłych ludzi tu znajdujesz.
Piękna moja wioska cała,
oby taka już została.

V

Urodziny
mamy.

Po schodach cichutko ktoś się
wspina.

Już nasłuchuje cała rodzina
Nagle się dzrzwi otwierają wszyscy przy stole
Się ustawiają.

Gdy mamusia wchodzi stolat się rozchodzi.
Szczęcia, zdrowia, pomyślności
Niech z nami tu zagości.
Bo to świeto narodowe w
Każdym roku wyjątkowe.

VI

Podróżować
jest
wspaniale.

Podróżowć jest wspaniale,
Czy to w Polsce czy też nie.
W Ameryce i Afryce
wiele przygód czeka cię.
W Polsce morze, góry, lasy
zachecają nas na wczasy.
Gdy już Polskę i coś wiecej
zwiedzić chciałeć.
do pociacu, samolotu,
wsiadaj dzisiaj bez kłopotu.
Świat otwaety na podróze i te małe
i te duże.

VII

Księdza Biskupa serdecznie
witamy.
Tu w Podlesinie go ugaszczamy.
Dziś biskup - Zastępca Apostolski
Przybył do naszej podlesińskiej
wioski.

Pełni wdzieczności, uszanowania
składamy dzisiaj podziękowania.
W tym dniu nasze serca tętnią miłoscią,
Najświętszą Bożą Łaskawością.
Ten dzień dzisiejszy, który jest nam
dany, niech przez nas wszystkich będzie
zapamiętany

VIII

Dziękujemy naszej pani za cierpliwość i
oddanie,

które pani włożyła w nasze
wychowanie.

Nie raz się pani nie słuchamy i tym
bardzo pania zasmucamy.

Dzisiaj panią przepraszamy, gdy w
Gimnazjum wyruszamy.

Dziękujemy za trzy lata pracy z nami,
dziekujemy za wszystko naszej pani.

IX

Ty Mamo!

Od narodzin zawsze przy nas byłaś
brałaś, prasowałaś, czyściłaś i nigdy nie
opuściłaś.

Twe serce zawsze jest z nami lecz niekiedy chwilami,
My sie nie słuchamy i tym cie bardzo zasmucamy.
Lecz ty jak zwykle przebaczasz nam te złości,
bo czyje jak nie twoje serce jest pełne do nas
miłości.

Czasami są złe chwile, gdy życie w kość nsm da,
Ty zawsze masz rozwiazanie na problemy codziennego
dnia.

Ggy niekiedy braknie pieniedzy, ty nie poddajesz się
ratuje nas od nedzy matczyne serce twe.

W nim pełno jest miłości i przebaczenia a przez to
serce twoje z każdym dniem życia nasze odmienia.

X

Moja wioska

Gdzieś daleko na uboczy,
Na pięknym mym Roztoczu
Ma wioska się znajduje, co
Pięknością swą czaruje wszystkich
ją odwiedzających jak i ją zamieszkujących.
Historia ma się rozpoczyna w wiosce
O nazwie Podlesina
Choć jest w świecie mało znana,
To jednak przez wszystkich kochana.
Choćby dlatego, że jest urocza,
Jak to już bywa w krainie Roztocza.
piekne pagórki, pola, lasy, potoki
zachwycają pieknością świat nasz szeroki.
Tu mych przodków korzenie zgłębione,
Razem z ich krwią są połaczone.
Grzechem by było nie zostać tu,
Gdzie ma historia dosięga lat stu.
Ma zawsze dla mnie otwarte ramiona,
Gdy z niej wyjadę jak matka czeka ona.
Ma wioska ukochana, w mym sercu na
wierzchu zapisana.

SYPIAŁ Z PRĄŻUNIĄSypiał z Prążunią

Fundacja AVE & AVETKI, BOK, DK Praga we współpracy z Urzędem Marszałkowskim Województwa Mazowieckiego i Wydziałem Kultury Dzielnicy Praga Północ organizują w czerwcu I Konkurs Recytatorski Poezji i Prozy ks. Jana Twardowskiego. Zapraszając do udziału wszystkich zainteresowanych (regulamin na s. 10), publikujemy rozmowę z warszawską okulistą i poetką, mieszkanką Anina - dr Aldoną Kraus, jedną z najbliższych Przyjaciół Kapłana-Poety, u której wiele razy spędzał wakacje.

Na 90. urodziny ks. Jana, dr Kraus napisała w prezencie „Listy i liściki”. Zbiór fraszek, aforyzmów, bajek, kalamburów... napisanych w duchu twórczości Kapłana –Poety, nie tylko opisuje Ich przyjaźń, ale często stanowi poetycką polemikę.

Aveciarz: Ksiądz Jan kochał swoje mieszkanie przy klasztorze ss. Wizytek w Warszawie. Jak się udało „wyciągać” go na cały lipiec do Anina?
Aldona Kraus: Trudno mi odpowiadać za Księdza, ale wydaje mi się, że czerpał tutaj inspirację. Uwielbiał mój ogród – spędzał w nim całe dnie na modlitwie, refleksji... – na każdą porę dnia miał inne ulubione miejsce, a kiedy już nie mógł się swobodnie poruszać, korzystał z balkonu. Mam przed oczami obraz: czerwone sosny w zachodzącym słońcu, gdzieś po gałęzi biega wiewiórka, Ksiądz siedzi na ławce, zapatrzony w dal, myślami zupełnie gdzieś indziej, na kolanach brewiarz, wiatr przewraca kartki, a przy nogach nasza suczka Rebi... Wiem, że to brzmi idealistycznie, sielankowo, ale myśmy takie widoki mieli na co dzień. Ksiądz był autentycznie człowiekiem takim, jak jego poezja. Oczywiście uwielbiał przyrodę! Zajmował pokój na piętrze, który okala ogromny taras. Zawsze na czas pobytu księdza musiały być tam kwiaty! Myślę więc, że anińska przyroda i atmosfera wyciszenia, sprzyjały kontemplacji i tworzeniu. Wymowne jest to, że dwie godziny przed śmiercią wspominał wakacje w Aninie, zwłaszcza balkon, a kilka dni wcześniej powiedział do mnie: „Wiem, że jestem chory poważnie, ale w marcu muszę jechać do Anina!”
Aveciarz: Może tęsknił do Prążuni?
A.K: O... z Prążunią – czyli moją kotką – związana jest przezabawna historia. Wiedziałam oczywiście o wielkiej wzajemnej sympatii Księdza i Prążuni. Myślałam jednak, że ogranicza się tylko do spacerów po ogrodzie w ciągu dnia. Tymczasem któregoś ranka wchodzę do pokoju księdza, a On do mnie: „Kanonizacji nie będzie – spałem z kotką!” Okazało się, że Prążunia systematycznie korzystała nocami z gościnności Księdza Jana.
Zresztą anegdot, związanych z pobytem Księdza jest znacznie więcej. Często budził mnie w środku nocy, bo zachciało Mu się jajecznicy... Z kolei z pierwszych wakacji Księdza zapamiętałam karkołomną jazdę na ślub do kościoła Wizytek. Otóż w sobotnie popołudnie około godziny 15 siedzimy w strojach ogrodowych na tarasie przy soku. Naraz Ksiądz pyta: „Jaki mamy dzień?” „Sobota” – odpowiadamy. „To ja obiecałem udzielić ślubu o 16 w kościele ss. Wizytek. Musimy jechać”. Nie dało się Księdza przekonać – w popłochu musieliśmy gnać na Krakowskie Przedmieście. Żeby zdążyć, nie było czasu nawet na przebranie. Liczyłam, że brama klasztorna będzie otwarta i uda się nam wjechać niepostrzeżenie pod samą zakrystię. Tymczasem okazało się, że przed kościołem kilka par młodych, mnóstwo gości, aut – nie sposób dostać się autem pod klasztor. Chcąc nie chcąc musieliśmy przeparadować, ku uciesze weselników, przez plac kościelny – ja w bermudach, w bluzce bez pleców, Ksiądz w kapciach, bez sutanny, która kilka dni wcześniej została oddana do prania.
Aveciarz: Cóż za siła spokoju? Czy Ksiądz potrafił się denerwować?
A.K.: O... tak. Ale tylko swoim wiekiem – wolałby mieć lat 60, a nie 90. No i sytuacją na świecie, zwłaszcza wojnami. Ksiądz autentycznie kochał życie – nie dbał o konwenanse. Liczył się człowiek, dane słowo... Ale trzeba wiedzieć, że taka postawa wynikała z głębokiej, nieustannej modlitwy. Ksiądz zwierzył mi się kiedyś, że najpiękniejsze chwile w życiu przeżył podczas codziennego przenoszenia Najśw. Sakramentu z kaplicy sióstr do kościoła. Ksiądz zasypiał z różańcem w ręku, który mocno okręcał na dłoni. Tuż przed śmiercią, prosił, by na właśnie różaniec zawiesić Mu na wątłej już szyi. Pamiętam wielkie skupienie podczas mszy, które odprawiał u mnie w domu. Chodzenie do kościoła było zbyt męczące, więc na codzienną celebrę przychodziły do mnie rzesze Aninian, często także baptyści z miejscowego zboru. Były to więc poniekąd nabożeństwa ekumeniczne. Pobyt w Aninie to zawsze czas wielkiej modlitwy i czytania książek (te ostatnie Ksiądz wprost pochłaniał!)
Aveciarz: Ale Anin to też twórczość...
A.K.: Oczywiście. Ksiądz codziennie pisał wiersze. Ale trzeba było go długo prosić, żeby przeczytał. Do końca nigdy nie był przekonany o swojej wielkości i sile oddziaływania poezji. Pytał, czy w ogóle ktoś chce czytać Jego twórczość... Pisał hieroglifami – jego autografy są dla postronnych osób zupełnie nieczytelne. Ksiądz miał swój własny system znaków. Inaczej graficznie wygląda napisany wiersz, inaczej dedykacja w książce.
Aveciarz: W jednym z tomików dedykowanym Pani Doktór, Ksiądz Jan napisał: „Kochanej Aldonie – niewypłacalny dłużnik”. Czym można zasłużyć sobie na takie słowa?
A.K.: Cóż, o to samo mogę ja się zapytać i słowa mogę skierować w drugą stronę. Przypomnę jedno wydarzenie: przeżywałam trudny okres w życiu, zmarła moja teściowa, byłam bardzo zbolała... Rankiem pod mój dom podjeżdża stylowe pocztowe auto, wysiada z niego ubrany w specjalny strój pocztylion i wręcza mi telegram. A w nim – tomik poezji o cierpieniu i osobista dedykacja od Księdza... Potrafił „spieszyć się, by kochać ludzi”! [/b